Liny. Rekonesans

Przez wiele lat nie złowiłem lina w jego naturalnym środowisku. Wynika to z tego, że… po prostu nie nastawiałem się na liny. Tej wiosny postanowiłem to zmienić.  Musiałem tylko wybrać odpowiednie łowisko. Odwiedziłem bez wędki kilka małych jeziorek w okolicach Warszawy, gdzie kilkanaście lat temu łowiłem z powodzeniem przedstawicieli tego gatunku. Jednak większość tych jeziorek zarosła lub całkowicie wyschła. Wybrałem więc większy zbiornik, a właściwie jego płytką zatokę. W późniejszym okresie zatoka ta całkowicie zarasta grążelami i moczarką, ale teraz można było wędkować. W połowie marca wybrałem się na pierwszą zasiadkę. Nad wodą jestem około 7 rano. Szykuję dwa fedeery. Dobrze, że zanętę zrobiłem w domu, bo woda jest bardzo zimna. Przy brzegu pod uschłą trzcina jest jeszcze gruby lód, nie zarywa się pode mną. Nie ma gdzie wbić podpórki  pod wędki! W końcu się udaje.  Zarzucam zestawy. Po dwóch godzinach pierwsze branie. Bardzo delikatne. Drgnięcie szczytówki i jej lekkie przygięcie. Jednak szczytówka nie wraca do swojej pozycji, tylko pozostaje lekko ugięta. Zacinam, coś jest.  Podciągam do brzegu, wynurza się linek. Ma ponad 40 cm. Wrzucam rybę do siatki. Po godzinie kolejne, równie delikatne branie. Scenariusz się powtarza. Linek podobny do poprzedniego. Przed południem zrywa się północny wiatr i robi się okropnie zimno. Wytrzymuję jeszcze pół godziny i zwijam sprzęt. Jeszcze tylko kilka zdjęć i uwalniam obie złowione ryby. Następną zasiadkę planuję, jak zrobi się trochę cieplej.

About

Wędkarstwo moje hobby

View all posts by

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *