Miały być sandacze, a wyszło inaczej

Ostatni tydzień października to idealny czas na sandacze, toteż co roku o tej właśnie porze spędzam kilka dni na poszukiwaniu mętnookiej ryby. Prognoza pogody rewelacyjna: lekki południowo-zachodni wiaterek, ciśnienie stabilne, pochmurno. Jednym słowem ideał. Zapada decyzja, że następnego dnia od rana pływam po Zalewie. Nad wodą jestem około 7 i tu pierwsze zdziwienie – mało łodzi. To fajnie, nikt nie lubi łowić w tłumie. Wypływam i kotwiczę w starym korycie na 8 metrach, powyżej zatopionego wysokiego krzaka. Około 8 pierwsze branie. Ryba walczy dzielnie ale w środkowych warstwach wody, podejrzewam szczupaka. Nie myliłem się. Szablozębego 80 + ląduję podbierakiem. Kilka fotek z samowyzwalacza i ryba wraca do wody, czyli początek fajny. Kolejne ustawienia łodzi nie przynoszą jednak brań. Około 13 kotwiczę na twardym stoku opadającym z 7 na 10 metrów.  W kilku rzutach wyjmuję dwa szczupaki po około 65 cm. Kolejna sandaczowa “melina” w której grasują szczupaki…  A przed samym wieczorem miałem jedno branie po którym wyciągam ripperka z urwanym ogonkiem. Może sprawcą był sandacz. Może.

r0014637_mod

Niby coś tam złowiłem, ale wniosek jest taki, że w zbiorniku który znam dość dobrze, pierwszy raz w październiku nie złowiłem choćby małego sandaczyka.  A jeszcze kilka lat temu standardem było zaliczenie minimum kilkunastu brań mętnookich dziennie. Niestety, takie są dzisiejsze realia “oceanu zegrzyńskiego”.

 

Michał Krzyżanowski

About

Wędkarstwo moje hobby

View all posts by

One thought on “Miały być sandacze, a wyszło inaczej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *